środa, 2 października 2019

Komedia strachu! IT: Chapter 2


Od ostatnich wydarzeń w Derry minęło 27 lat. W tym czasie członkowie klubu frajerów dorośli i opuścili upiorne miasteczko. Lecz traumatyczne i upiorne wspomnienia z nimi pozostały niczym blizny na ciele człowieka. W miasteczku pozostał tylko Mike, jeden z głównych protagonistów. Mike staje się ponownie świadkiem tego, co przyjaciele przewidzieli przed laty, składając sobie przysięgę krwi. Pennywise powrócił ze zdwojoną siłą. Będąc o wiele straszniejszym i przebieglejszym... 

Po niespodziewanych wydarzeniach, wskazujących na powtórną obecność klauna,  Mike wykonuje parę telefonów. Przypomina tym sposobem o wspomnianej wcześniej obietnicy, którą złożyli bohaterowie. Dorośli przypominają sobie, zyskując wspomnienia co się działo, gdy byli dziećmi. Jak można się domyśleć początkowo protagoniści chcą się wymigać z tej obietnicy. Na szczęście jest to bez znaczenia, ponieważ i tak muszą się zmierzyć z Tym. Lecz czy mają w rękach na tyle potężną broń, żeby go pokonać?  

Cała fabuła związana z ponownym (stety czy niestety ostatecznym) pokonaniem diabolicznego bytu jest bliźniaczo podobna do poprzedniej części. Koniec końców film robiąc kalkę z poprzedniczki serwuje nam na początku zaciekłe starcie z przeciwnikiem. Kończy natomiast na połączeniu sił, bo przecież prawdziwa moc tkwi w przyjaźni. Skądś to już znam... Ona jest przyczyną bohaterstwa, odwagi oraz motywuje, by w ostatecznej chwili stawić czoła największemu złu. Dosłownie i w przenośni. Nie cofają się ani o krok.  

Trzeba trochę ponarzekać. To: Rozdział 2 zawodzi pod tymi względami, powtarza się. Wartości tutaj nadaje końcowa walka z Tym. Seans jest pozbawiony wszelkich zaskoczeń. Jumpscare’ów jest dużo. Choć jest to indywidualna kwestia, jednak po drugim akcie filmu zaczynają męczyć. Bez znajomości prozy Stephena Kinga, na której opiera się film i na której bazuje reżyser, Andy Muschietti możemy przewidzieć zakończenie. Trochę szkoda. Oczekiwania widzów po pierwszej części były duże. Nie dostaliśmy nic odkrywczego. 

Główne skrzypce w pierwszej części, oprócz fantastycznego Billa Skarsgarda w roli Pennywise’a oraz grupy dzieci grał balans komediowo-dramatyczny. Prawdziwą grozą zdawała się być codzienność. Jasne groza była też istotna, ale najważniejsi w tym wszystkim byli jednak bohaterowie. Ten motyw świetnie się też sprawuje w omawianym sequelu, o czym się przekonacie niżej. Niestety jest to też film słabszy, o wiele bardziej płytki, ale na szczęście mu w niczym nie ustępuje.  

Jedynka była naprawdę solidna i bezpretensjonalna. Nie przytłaczało widza nawiązaniami do popkultury ubiegłych lat, mrugnięciami okiem, cytatów czy też aluzji. Dwójka posiada w sobie sceny retrospekcji, w których wydawałoby się, że było ich więcej. Lecz daleko do przesady. Tym bardziej jeśli chodzi o pewne cameo. Bądźcie czujni. Nie będę nic wam zdradzał! Ku zaskoczeniu, życie głównych bohaterów jest zepchnięte na dalszy plan, nie dowiadujemy się jakoś dużo o nim. Lęk Frajerów dalej się opiera o przeżycia z dzieciństwa i to właśnie z demonami przeszłości muszą się cały czas mierzyć. Przeszłość stara się rzucać cień na teraźniejszość. Bardzo powszechny w filmach motyw.  Chyba wszyscy sobie zdajemy sprawę z tego, że celebracja wygrania starcia ze złem to jedynie element układanki. Zwyciężając raz nie unikniemy pojawienia się Tego w przyszłości. Natomiast Muschiettiemu udało się zrobić z tego sukces.  

Warto wspomnieć o Castingu, który jest naprawdę strzałem w dziesiątkę. Gwiazdy kina Jessica Chastain i James McAvoy świetnie grają i przypominają postacie z poprzedniego filmu. James odwzorował styl mowy odgrywanego chłopaka z 27 lat Billa lecz pozostawia widza trochę obojętnego, schodzi na dalszy plan.  James Ransone emanuje podobieństwem odgrywania  roli Eddiego Kaspbraka. Jest dalej takim samym wyczulonym na choroby człowiekiem, którego mimika oraz sposób poruszania  jest bardzo podobna do młodszego odpowiednika z poprzedniej części filmu Co można powiedzieć o Billu Haderze? Po prostu kradnie show! Jak możemy się dowiedzieć z wywiadów jest to jego pierwsza rola w horrorze. Grana postać Richiego przez Filla Wolfharda znanego ze Stranger Things (Recenzja 3 Sezonu TUTAJ) była głównym źródłem humoru. Tu, ku zaskoczeniu widzów, Harder kreuje protagonistę, który generuję masę śmiechu. Przez co często rozładowuje napięcie, a widz sam w sobie może się z nim utożsamiać. Jest to obok Beverly najbardziej złożona postać w całym filmie. Nie mamy z innymi bohaterami problemu, bo przecież Richie Hardera to złoto - aktorskie i fabularne.  

Po całej recenzji filmu można dojść do paru wniosków. Oprócz bohaterów i elementów horroru najjaśniejszym aspektem filmu jest komizm. Ciężko oprzeć się momentami wtórności. Atmosfera grozy jest wyczuwalna tylko w nielicznych momentach. Dowcipy wybrzmiewają parokrotnie. Wniosek z tego filmu jest prosty. Przyjaźń to najsilniejszy motor napędowy humoru. Cóż lepszego jest od  przekuwania strachu w humor? Sami sobie musicie odpowiedzieć.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz