środa, 11 września 2019

Pewnego razu w... Hollywood. Tarantino to Szekspir kina?



Oczekiwania były ogromne, ale Quentin Tarantino z całą pewnością znów to zrobił. Pomimo prawie 3-godzinnego seansu Pewnego razu... w Hollywood zupełnie nie nudzi. To jeden wielki hołd dla lat 60. i samego Hollywood, chociaż pomnik ten za sprawą wielu ironicznych szpilek z całą pewnością nie jest nieskazitelny. Ale czy na pewno?  


"Pewnego razu… w Hollywood" to nie jest film o wszystkim znanej tragedii mającej miejsce w willi Polańskiego w Hollywood Hills. Nie jest to też tylko wizytówką tarantinowskich końcu lat 60 w mieście aniołów. Przede wszystkim jest to ogromny hołd złożony największej miłości reżysera, kinu, samemu w sobie. 
Za morzami, za puszczami, za wzgórzami Los Angeles było sobie Hollywood. Zwane fabryką marzeń, pozostająca oazą dla filmowców z całego świata, między innymi dla Polańskiego. Właśnie tam poznajemy dwójkę fenomenalnych, wielowymiarowych postaci. Aktora Ricka Daltona, którego gra Leonardo Di Caprio i jego dublera oraz kaskadera, Cliffa Bootha, granego przez Brada Pitta. Nasz duet niepokornych i żyjących marzeniami o wielkiej karierze bohaterów desperacko robi co może, żeby chwycić się szczytu. Chcą nie skończyć w niskobudżetowych filmach kina klasy B i chcą zyskać status pełnoprawnego obywatela Hollywood. Rozwój bohaterów rozpoczyna fakt wprowadzenia się drugoplanowej postaci Romana Polańskiego granego przez polaka Rafała Zawieruchę i jego żony Sharon Tate, granej przez Margot Robbie, do domu w sąsiedztwie Ricka. 



Cliff i Rick marzą o tym, by poznać smak sukcesu, wtopić się w hollywoodzkie sławy, i chodzić do Polańskich na różne imprezy. Jednak zanim to będzie miało miejsce, mężczyźni muszą przejść pewną drogę, pełną  przeciwności i ognia. Momentami w dosłownym znaczeniu. Droga ta przeświadczy o ich ambitnym planie. Rick może się przekonać, że róże, które wyścielają drogę do gwiazd, nie są pozbawione raniących kolców. Cliff natomiast musi się zmierzyć ze swoim nieposkromionym i chaotycznym charakterem i pełną niewyjaśnionych tajemnic przeszłością.  Wątek masakry dokonanej przez sektę Mansona w domu Polańskiego nie jest tylko zmieniony i zmarginalizowany, ale też jest pretekstem do przedstawienia realiów i atmosfery lat 60. Tarantino zmodyfikował oryginalny wątek w bardzo autorski sposób - nie robiąc spoilerów, widzowie otrzymują coś w rodzaju dobrego zakończenia. Oczywiście, jeśli można tak nazwać krwawe sceny, które są częste u tego reżysera. 

Trwający trzy godziny (wraz z reklamami w kinie) film Quentina wymyka się prawie wszystkim założeniom, schematom i wydeptanym drogom kina, do których przyzwyczajał nas twórca. Choć "Pewnego razu..."  bawi się konwencją i wprost nawiązuje do poprzednich dzieł twórcy m.in. do "Bękartów wojny", ten dziewiąty, a zarazem przedostatni film Tarantino, jako obraz łączy w sobie wszystkie naleciałości reżysera oraz jego pasje. Wysuwa się na pierwszy plan miłość do kina. O filmach Allena mówi się, że miasta są drugim bohaterem produkcji, w kinie Tarantino to wykreowany specyficzny świat jest osią całej fabuły. 



Twórca “Pulp fiction”, jak przyznaje w swoich wywiadach, czerpie inspirację z innych filmów, wcale się z tym nie kryje. To widać oczywiście w Pewnego razu w Hollywood - tytuł filmu jest osobistym hołdem złożonym arcymistrzowi Sergio Leone od "Dawno temu w Ameryce" czy też "Pewnego razu na dzikim zachodzie". Ścieżka dźwiękowa przebrzmiewająca w finale filmu przypomina znany motyw kołysanki Komedy  zDziecka Rosemary. Tarantino nie byłby sobą, gdyby ograniczał inspiracje kina. Dlatego też muzyka odgrywa specyficzną rolę. W ścieżce dźwiękowej można znaleźć nie tylko klasyki rocka, ale również klasyczne utwory. Twórca subtelnie sięga i nawiązuje do hitów literackich z tych lat. Tak samo jak “Nienawistna Ósemka” była wariacją na temat klasyku I nie było już nikogo” Christie, tak “Pewnego razu...” nawiązuję do Szekspira, który dał początek motywu “Teatru w teatrze”. Oglądając motyw “filmu w filmie” w produkcji Tarantina trudno oprzeć się w mniejszym lub większym stopniu właśnie inspiracji Szekspirem. Tym bardziej, gdy w filmie Rick Dalton przywołuje wprost postać Hamleta.  

Jest to, jak wspominałem wcześniej, dziewiąty film Tarantino, który od wielu lat, zarzeka się, ze nakręci tylko 10 produkcji. Ja, jak i miłośnicy stylu tego reżysera będziemy tęsknić za jego kiczowatym balansowaniem na granicy sztuki. Równie dobrze Tarantino mógłby od tak teraz zakończyć karierę, ponieważ "Pewnego razu w..." to dzieło totalne i kompletne. To wspaniały akt wiary w magię kina oraz wspaniały zbiór metafor i symboli – aby odkryć ich wartościowość, wymaga powrotu do filmu parę razy. Nie wiem, czy da się wyreżyserować coś lepszego, co by bardziej określało Tarantino. Wierzę, że Quentin ma jeszcze jakiegoś asa w rękawie i z niecierpliwością na niego czekam. Wiele razy będę sięgał po ten film, choć rozpędza się powoli, na końcu wbija w fotel. Dosłownie.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz